samurajka z maskarenów: jedyna maurytyjka na japońskiej drodze miecza

______________________________

– Na każdym treningu kendo dostajesz około 50 cięć w głowę, 30 w rękę, ale na wyższym poziomie zaawansowania, kiedy przeciwnik wykonuje je prawidłowo, nawet tego nie czujesz – mówi Maria Bober, psycholog sportu i wieloletnia zawodniczka reprezentacji Polski kobiet w kendo.

Czy taki sport może przyciągać kobiety? Czy mimo kulturowych uprzedzeń i stereotypów mogą zarówno czerpać z niego przyjemność, jak i rozwijać się? Okazuje się, że jak najbardziej – nawet w odległych od Japonii zakątkach świata.

Styczeń 2019 roku. Nad Port Louis wisi gęsty upał, niezmącony najdelikatniejszym podmuchem wiatru. Warunki prawie jak w Japonii. Na sali gimnastycznej szkoły w Tour Koenig zaczyna się trening. Właściwie dwa – jedna grupa ćwiczy karate, druga kendo. Początkujących kendoków jest kilkunastu – to i tak dużo, biorąc pod uwagę zarówno wielkość całej wyspy, jak i niszowość tej sztuki walki. Co więcej, to dopiero początki – Maurytyjski Związek Kendo powstał zaledwie w poprzednim roku. Na ścianie sali kolorowy mural i napis: „There is enough space for our girls to shine”. Idea piękna, ale jej zrealizowanie jest już trudniejsze. Wśród karateków jest kilka dziewczynek, natomiast wśród adeptów kendo są sami mężczyźni i chłopcy. Półtora roku później dołącza do nich osiemnastoletnia Ornella Gregoire. I chociaż przez kolejny rok jest jedyną kobietą na treningach, nie poddaje się.

Kendo, czyli japońska szermierka, wywodzi się z tradycyjnej samurajskiej sztuki walki mieczem. W przeciwieństwie do dyscyplin walki wręcz, jak karate, judo, aikido, na pierwszy rzut oka wydaje się nie mieć zastosowania praktycznego – ale o tym później – za to wymaga dużo wysiłku. Miecz składa się z bambusowych listewek – jest więc, na szczęście, dużo lżejszy niż ten tradycyjny samurajski (chociaż po kilkudziesięciu, kilkuset cięciach i on wydaje się ciężki). Gorzej ze zbroją: pas chroniący biodra i uda, napierśnik, rękawice, a na końcu men – osłona głowy. Bez całego zestawu nie da się ćwiczyć – kendocki arsenał składa się bowiem z trzech cięć (w głowę, przedramię, korpus) oraz jednego pchnięcia (w gardło), robionych na różne sposoby. Ale szybkie, dynamiczne ruchy w takim sprzęcie nie są łatwe. Men ogranicza widoczność, pot spływa do oczu, ale krata uniemożliwia obtarcie go. Jeśli jest gorąco – a na Mauritiusie o to nietrudno – ciężko oddychać, zwłaszcza, gdy dołożymy do tego ogromny wysiłek.

Ornelli to jednak nie odstraszyło. Pochodzi z rodziny ze sportowymi tradycjami – jej ojciec i siostra trenowali judo, młodsza siostra ćwiczy karate, z kolei ona sama pływała sportowo. Kontynuuje rodzinną tradycję. Pochodzi z oddzielonego od stolicy wyspy górskim masywem Le Pouce miasta Quatre Bornes, ale teraz mieszka i chodzi do szkoły w Port Louis. Jest szczupła, ma ciemną karnację, długie kręcone włosy, bardzo często szeroki uśmiech na twarzy.

– Szukałam czegoś, co pozwoli mi skanalizować energię i rozładować stres związany ze szkołą – opowiada. – W październiku zeszłego roku zobaczyłam pokaz kendo. Miałam wrócić do pływania, ale pomyślałam: dlaczego nie spróbować sztuk walki. Szukałam czegoś dynamicznego i szybkiego.

Na początku trenowanie z samymi mężczyznami było dla niej trudne. Chodziła do żeńskiej szkoły, więc nie była przyzwyczajona do przebywania w męskim środowisku. Do tej pory nie miała jeszcze okazji trenować z kobietami.

– Próbowałam namówić koleżanki, ale wahają się. Boją się założyć zbroję.

Jak podkreśla Maria Bober, ból to jeden z ważniejszych czynników, które hamują kobiety przed uprawianiem sportów walki:

– U kobiet odporność na ból dotyczy innych kwestii mentalnych, mają np. pracować na rzecz rodziny mimo bólu głowy, bólów menstruacyjnych itd. Z kolei mężczyźni są od dzieciństwa częściej wystawiani na sytuacje związane z narażeniem zdrowia. Uczą się, że jak wejdą na drzewo i spadną, to nic im się nie stanie. Dziewczynek się do tego nie zachęca, są więc mniej oswojone z takim rodzajem bólu. Drugą istotną kwestią jest estetyka. Spotkałam kilka kobiet, które przestały trenować, kiedy zaczęły pojawiać się siniaki. Siniak kojarzy się z bólem, jest bolesny przy dotknięciu, a dla wielu kobiet jest to również problematyczne, że np. idąc do pracy muszą je zasłaniać.

Leżący na Oceanie Indyjskim Mauritius to wyspa ze wszech miar niezwykła. Pierwotnie niezamieszkana – poza populacją endemicznego dronta dodo, wytępionego przez Europejczyków w XVII wieku – dzisiaj jest domem dla ludności różnych religii, języków i pochodzenia. Dominującą grupą są tu Indusi, których przodkowie przybyli na wyspę w XVIII–XIX wieku, podczas rządów francuskich i brytyjskich. Trzecia część obywateli Mauritiusa ma pochodzenia kreolskie, czyli mieszane, najczęściej afrykańsko-europejskie. Mniejsze grupy, stanowiące kilka procent populacji, tworzą Chińczycy i Francuzi. 80% Maurytyjczyków posługuje się maurytyjskim kreolskim, językiem na bazie francuskiego, który zawiera również elementy języków indyjskich, afrykańskich i angielskiego. Chociaż od najbliższego kontynentu – wybrzeży Afryki – dzieli wyspę ponad 2 tys. km (trochę bliżej jest na leżący pomiędzy nimi Madagaskar – jedynie 900 km), Droga Miecza, najbardziej tradycyjna japońska sztuka walki, dotarła nawet tutaj.

Jak pisze Roseline NgCheong-Lum, pod pewnymi względami Mauritius wciąż pozostaje konserwatywny. Młode kobiety mieszkają z rodzicami aż do ślubu – samotne mieszkanie, poza typowymi seksistowskimi komentarzami na temat trybu życia kobiety, łączy się też z poglądem, że ma ona zbyt trudny charakter, by dogadać się z rodziną. Zawody związane z nauczaniem i komputerami (autorka nie uściśla niestety, czy ma na myśli bardziej IT, czy księgowość i finanse) są wciąż postrzegane jako kobiece. Sytuacja jednak cały czas się zmienia. Mimo szklanego sufitu, coraz więcej kobiet próbuje swoich sił w karierze zawodowej, nie przerywając pracy po urodzeniu dziecka. Zrzeszają się także w organizacjach, takich jak Mauritius Alliance of Women czy Muvman Liberasyon Fam. Nic więc dziwnego, że i w sportach, uważanych tradycyjnie za „męskie” jest ich coraz więcej.

– Sztuki walki są coraz bardziej popularne wśród kobiet – potwierdza Maria Bober – Sport to sport, a to, czy jest „męski” czy „kobiecy” to tylko kwestia narracji. Kiedyś mówiło się, że tylko chłopcy się biją, ale to się zmienia, chociażby w kulturze pojawia się więcej postaci pokazujących wojowniczą stronę kobiet.

– Ornella zrobiła ogromne postępy, mimo że jest jedyną kobietą na treningach – mówi Rishi Bundhoo, trener i założyciel Maurytyjskiego Związku Kendo – Jest odważna i cierpliwa. Nie ma dla nas różnicy między mężczyznami i kobietami, skupiamy się tylko na treningu.

Sama Ornella również nie czuje się gorsza od swoich kolegów ze względu na płeć, jej największe obawy mają uniwersalny charakter:

– Podczas walki najbardziej boję się że mój przeciwnik jest mocniejszy, ma nade mną przewagę, więcej doświadczenia, że z łatwością przewidzi mój ruch – opowiada.

Maria Bober podkreśla, że chociaż Ornella niekoniecznie jest tego świadoma, może zmagać się też z innym problemem – jej koledzy mogą mieć opory przed walką na 100% swoich możliwości.

– Część mężczyzn na pierwszych poziomach zaawansowania ma trudność z pierwszymi walkami z kobietami – mówi Maria Bober. – Jako juniorka spotykałam się z opiniami starszych od siebie mężczyzn, że walka ze mną jest dla nich trudna, że mają zahamowania. Nie wynika to z przekonania, że kobieta jest słabsza, ale z tego, że nie powinno się jej krzywdzić.

A czy Ornelli byłoby łatwiej, gdyby nie była jedyną kobietą na treningu?

– Mogłaby porozmawiać z kimś w szatni, miałaby relacje społeczne – kontynuuje Maria. – Ale z drugiej strony teraz ma świadomość, że trenuje dlatego, że jej się to podoba, dla siebie samej, a nie ze względu na towarzystwo. W takich sytuacjach wiele zależy od naszych przekonań. Ktoś może pomyśleć: „jestem jedyną dziewczyną, będzie mi ciężko”, a dla innych nie ma to żadnego znaczenia.

Na pierwszy rzut oka kendo nie wydaje się mieć bezpośredniego przełożenia na codzienne życie. Nie da się go wykorzystać do samoobrony, pozycja z wysuniętą do przodu prawą nogą i wybiciem się z lewej wydaje się nienaturalna. Jednak znak do (jap. „droga”) w nazwie jest nie bez znaczenia: kendo to nie tylko sport, ale i droga. Kendoką jest się całe życie – nie tylko na sali.

– W kendo najbardziej podoba mi się jego historia i to, jak jest dynamiczne – mówi Ornella. – ale bardzo ważny jest też aspekt ludzki. W sztukach walki nie chodzi tylko o rywalizację i wygrywanie, ale o spotkanie z drugim człowiekiem i rozwój osobisty. Uczę się dyscypliny, koncentracji i precyzji, próbuję to wcielać w innych sferach życia. Kendo wymaga bardzo dużej precyzji, a ja jestem perfekcjonistką, jeśli nie jestem w stanie czegoś zrobić, bywam sfrustrowana. Maria Bober potwierdza te obserwacje:

– Sport daje dużo pod względem dyscypliny. Trenując sztuki walki, uczysz się umiejętności związanych z odnajdywaniem się w grupie, tym, kto jaką pełni rolę i jak się trzeba odnieść do tej osoby, wytrwałości, organizacji czasu, punktualności. Z kolei samo kendo daje bardzo dużo pod względem elastyczności. Uczysz się dobierania najlepszej możliwej techniki do przeciwnika, z którym się mierzysz, w możliwie najkrótszym czasie. W innych dyscyplinach też trzeba szybko podejmować decyzje, ale w szermierczych sztukach walki liczą się ułamki sekund. W tym ułamku sekundy musisz wybrać najlepszą technikę z wachlarza umiejętności, jakich się nauczyłaś i przygotować ciało do jej wykonania. Na wyższym poziomie już sama kreujesz sytuację tak, żeby zdobyć punkt.

Co zrobić, żeby zachęcić więcej kobiet do trenowania?

– Kiedy trzy lata temu zaczynaliśmy kendo na Mauritiusie, mieliśmy o nim niewielkie pojęcie – kontynuuje Rishi. – Pandemia zablokowała nasz rozwój, dlatego do tej pory nie udało nam się zachęcić więcej kobiet. Na pewno potrzebujemy więcej reklamy oraz wizyt zagranicznych sensei, z którymi będziemy mogli wspólnie ćwiczyć.

Podobne zdanie wyrażają i Ornella, i Maria Bober: najważniejsze jest popularyzowanie kendo wśród młodych, młodzieży szkolnej, pokazywanie dziewczynkom, czym jest kendo, i że też mogą je trenować.

– Najlepiej trafiać do grup dziecięcych – mówi Maria – Młody umysł nie przyswoił jeszcze społecznego podziału ról. Jeśli dziewczynki zobaczą sport, w którym są i kobiety, i mężczyźni, zauważą, że jest ktoś, kto je reprezentuje, będą bardziej zachęcone, by spróbować. Jeśli na pokaz przyjdą dwaj mężczyźni, nie będzie to miało takiego efektu, jak kiedy będą to dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Poza tym trzeba również kłaść nacisk na to, że jest to sport szybki, ciekawy, dużo się w nim dzieje. Kendo jest pociągające również dlatego, że jest niszowe, daje czynnik wyjątkowości – to jest też ważne, zwłaszcza dla młodych osób.

Możemy więc mieć nadzieję, że już wkrótce szlakiem przetartym przez Ornellę ruszą kolejne dziewczynki i kobiety. Teraz jednak, dopóki pandemia utrudnia podróże i organizowanie wspólnych zgrupowań z udziałem kendoczek z innych krajów, pozostają jej dwa treningi tygodniowo w swoim klubie. Jednak

– Mężczyźni częściej używają siły, więc będzie uczyła się wytrwałości, lubią też dużo atakować, co nauczy ją wyczucia i umiejętności czytania przeciwnika – mówi Maria Bober. – Gdy później będzie walczyła z kobietami, zyska przewagę: albo będzie szybsza i silniejsza, albo będzie potrafiła wykorzystać siłę przeciwniczki.

Może już wkrótce spotkamy Ornellę na Mistrzostwach Europy – a w ślad za nią podążą zawodniczki z Mozambiku, Madagaskaru, Maroko i Tunezji?

______________________________

Aleksandra Woźniak

Sinolożka i japonistka, po paru latach działalności politycznej i społecznej realizuje się jako dziennikarka (publikowała w „Przekroju”, „Przeglądzie”, „Gazecie Prawnej”, „Fabulariach”, „Torii” oraz gazeta.pl) oraz współautorka bloga o literaturze azjatyckiej „Ryż i Lukrecja”.

Back to Top